Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wśród płyt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wśród płyt. Pokaż wszystkie posty

31 grudnia

Charlie och Esdor (1970-1972)

Charlie och Esdor (1970-1972)

Szwedzki zespół Charlie & Esdor nie zrobił może zawrotnej kariery, ale biorąc pod uwagę stosunek znawców skandynawskiej muzyki odlotowej do jego dokonań, może być z pewnością nazwany legendarnym. Powstali w 1970 roku w Katrineholm w Szwecji z inicjatywy Edmunda „Charliego” Franzéna (sitar, perkusja) i Norwega Esdora Jensena (gitara, bas). Grali rocka inspirowanego psychodelicyzującym folkiem, nie tylko tym znanym z płyt Incredible String Band czy Holy Modal Rounders, ale również zwracającego się w stronę indyjskich rag.

W czasie trwającej jedynie dwa lata kariery nagrali tylko dwie małe płyty, obydwie należą dzisiaj do najbardziej poszukiwanych tytułów kiedykolwiek wydanych w Skandynawii: singiel Då Klagar Mina Grannar (Moi sąsiedzi narzekają) / Dagen Är Över (Skończył się dzień) w 1970 oraz mini LP z czterema utworami Grönt Är Skönt (Zielone jest dobre) w 1972. W nagraniach do tej drugiej płyty uczestniczył dodatkowo gitarzysta Lasse Summanen. Piosenka Dagen Är Över pojawiła się również na ciekawej dwupłytowej kompilacji Festen på Gärdet wydanej w 1971. Wszystkie piosenki na tych wydawnictwach są w języku szwedzkim, co jest niereprezentatywne dla całej twórczości grupy, która wykonywała też całkiem sporo po angielsku.

Wszystkie dziesięć utworów zarejestrowanych przez zespół (sześć utworów wydanych na wyżej wspomnianych płytach i cztery nigdy wcześniej nie publikowane, zaśpiewane po angielsku) zostało zebrane w 2005 na CD wydanym przez Mellotronen.


20 grudnia

Catapilla - Changes (1972)

Catapilla - Changes (1972)

Płyty wydawane na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przez Vertigo - nastawiony na nową, ambitną muzykę oddział wytwórni Philips - są szczególne począwszy od zawartości muzycznej, przez szatę graficzną, a skończywszy na głupawce, jaką wywołują wśród koneserów płyt z awangardą rocka i jazzu. Jednym z najbardziej cennych i zarazem najmniej znanych albumów z wywołującą zawrót głowy etykietą jest drugi album londyńskiego zespołu CATAPILLA, Changes.

Na kim nie zrobi wrażenia od pierwszych chwil połączenie głosu Anny Meek, siostry Joego - tego Joego, którego wizjonerska kariera producenta muzycznego zakończyła się wystrzałami ze strzelby - i saksofonu Roberta Calverta - nie, nie tego z Hawkwind - ten nie ma w ogóle po co tego czytać i słuchać, niech sobie idzie. Chyba że po prostu przytłacza go ściana dźwięku produkowanego przez sekstet, w którym żaden z instrumentów nie stanowi prostego tła, a w niektórych momentach muzycznego szczytowania zdaje się, że wszyscy członkowie grają solówki, starając się nawzajem zagłuszyć. Płyta jest bardzo intensywna i w zasadzie tylko ta jej cecha może stanowić minus.

Płyta jest świetnie skomponowana, tak samo zagrana, tak samo nagrana. Bardzo intensywna, bardzo magiczna i stanowi znakomite zakończenie ery brytyjskiej muzyki psychodelicznej, choć zawartości tego albumu w ogóle nie da się sklasyfikować: to nie jest rock, to nie jest jazz, to jest jedno i drugie i trzecie i czwarte: na płycie jest free jazz, są ślady amerykańskiej rockowej awangardy końca lat sześćdziesiątych (zwłaszcza w utworze Thank Christ for George), jest trochę Coltrane’owskiego spiritualu i Bóg wie co jeszcze tam jest.  

Oczywiście nagrać im się to udało, sprzedać już nie bardzo, przez co płyta jest, jak to mawiają między innymi karpaccy kolekcjonerzy, pierońsko rzadka, pomimo ukazania się w trzech krajach: w Wielkiej Brytanii (oczywiście), w Niemczech i we Włoszech.

Oryginalne wydanie płyty wyróżnia się ciekawą okładką. Front nie jest kwadratowy, kontur głowy owada jest wycięty i wypukły.

25 listopada

The Beathovens

The Beathovens

The Beathovens to szwedzki zespół beatowy z niewielkiego miasta Motala. Ich krótka kariera przypada na połowę lat sześćdziesiątych. Tak jak większość zespołów skandynawskich, pisali i śpiewali po angielsku. Wydali łącznie trzy single, wszystkie nakładem wytwórni Triola:

Let Me Go / Where Do You Hide (1965)
I Need Some One / About The Sun (1965)
Summer Sun / Tramps (1966)

Wszystkie te płyty są obecnie bardzo rzadkie i osiągają wysokie ceny. Nie bez powodu – The Beathovens mieli dość nietuzinkowy styl – nostalgiczny i nastrojowy, którego chyba najlepszym przykładem jest utwór Summer Sun z ostatniego singla. W ich muzyce słychać nawiązania do spokojniejszych utworów Beatlesów z albumów A Hard Day’s Night i Beatles For Sale.

Singla Let Me Go / Where Do You Hide można posłuchać tutaj.




14 października

Kwintet "Ptaszyna" Wróblewskiego - Jazz Jamboree 1960 nr 3

Kwintet "Ptaszyna" Wróblewskiego - Jazz Jamboree 1960 nr 3
Impresje szpitalne - In A Sentimental Mood - Nãnã Imborô - Nineteenager's Bounce 

Zespół:
Jan "Ptaszyn" Wróblewski (ts)
Jerzy Milian (vib)
Wojciech Lechowski (guit)
Stanisław Zwierzchowski (cb)
Jerzy Grossman (dr)
Janusz Hojan (tp)

Seria płyt wydawanych z okazji festiwalu Jazz Jamboree ma swój początek w roku 1960, pomimo że pierwsza edycja warszawskiego festiwalu miała miejsce dwa lata wcześniej. Wiele z tych płyt, a zwłaszcza edycje z lat sześćdziesiątych, jest dzisiaj bardzo rzadkie. Niektóre nagrania nie doczekały się nigdy reedycji, czy to w wersji cyfrowej, czy analogowej, a stanowią nie lada gratkę dla miłośników polskiego (i nie tylko) jazzu.
Prezentowana EP z nagraniami Kwintetu Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego to jedna z ciekawszych małych polskich płyt jazzowych, nie tylko ze względu na wartość historyczną.

Utwory utrzymane są w konwencji mocnego, hard-bopowego grania, typowej dla tego okresu działalności lidera zespołu. Otwierający EPkę utwór Impresje szpitalne, kompozycja Jerzego Miliana, jest dość długi i złożony, biorąc pod uwagę średnią długość polskich nagrań jazzowych z tego okresu. Następuje po nim przyzwoite wykonanie standardu In A Sentimental Mood Duke’a Ellingtona.
Druga część płyty prezentuje się ciekawiej – zaczyna się fantastycznym i nietypowym wykonaniem Nãnã Imborô, utworu mało znanego w Europie brazylijskiego kompozytora José Pratesa. Bardzo ciekawa byłaby z pewnością historia wcielenia tej kompozycji do repertuaru polskiego zespołu – płyta zawierająca oryginalne nagranie ukazała się wcześniej wyłącznie w Brazylii i jest niesamowicie rzadka. EP wieńczy Nineteenager’s Bounce prezentujący nurt jazzu tanecznego, a biorąc pod uwagę werwę zespołu Ptaszyna – raczej konkretnego wywijania na parkiecie.

Płyta zrealizowana jest bardzo dobrze, z charakterystycznym dla polskich płyt z tamtych czasów uwypukleniem tonów średnich. Jak na wielu płytach z serii Jazz Jamboree, nagrań dokonano w studiu, a nie na żywo w Filharmonii Warszawskiej.

Utwory z tej płyty nie zostały nigdy wznowione z wyjątkiem Nãnã Imborô, który ukazał się na drugiej stronie singla wydanego przez wydawnictwo Mr Bongo w 2017 roku i zawierającego oryginalne wykonanie José Pratesa i polską interpretację Kwintetu „Ptaszyna” Wróblewskiego.

Płyta ukazała się również w wersji eksportowej, z tytułem Moods, z okładką autorstwa Rosława Szayby.


Scyfryzowanej płyty można posłuchać tutaj (YouTube).

23 września

Głos muzyki z Ameryki

Głos muzyki z Ameryki

W okresie gomułkowskiej odwilży w PRL zaczęło się ukazywać strasznie niekomunistyczne i prokapitalistyczne czasopismo AMERYKA. Było wydawane przez Wydawnictwo Rządu Stanów Zjednoczonych i drukowane w USA na przepięknym, wyróżniającym się od większości krajowej prasy zrobionej z byle czego, papierze kredowym. W dodatku szata graficzna AMERYKI była taka mocno kolorowa, czasopismo samym wyglądem przyciągało wzrok i odciągało umysły Polaków od budowania komunistycznego jutra.
Nie mówiąc w ogóle o zawartości, która promowała wszystko, co w tej Ameryce było fajne. Muzykę, modę, samochody, zarobki, amerykański konsumpcjonistyczny styl życia. Podawała mrożące krew w komunistycznych żyłach herezje. Na przykład o tym, że przeciętny amerykański robotnik podjeżdża co rano pod fabrykę, w której pracuje, własnym samochodem. W Polsce było to oczywiście nie do pomyślenia, a takie nowiny podchodziły niemalże pod gatunek science-fiction.

Na łamach AMERYKI znaleźć można było dobrze przetłumaczone przedruki z czołowych amerykańskich periodyków takich jak Vogue czy Life. Oprócz tego w którychś trudnych do zidentyfikowania numerach w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych znalazły się interesujące fonograficzne załączniki – czerwone, jednostronnie płytki flexi z nagraniami amerykańskiego jazzu. A konkretnie Milesa Davisa (My Funny Valentine) i Modern Jazz Quartet (Sketch z albumu Third Stream Music nagranego z triem Jimmy’ego Giuffre i kwartetem smyczkowym Beaux Arts). Dokładne umiejscowienie chronologiczne tych wydawnictw nie jest sprawą łatwą – poszczególne edycje AMERYKI, będącej z założenia miesięcznikiem, nie są opatrzone żadnymi datami a jedynie numerami. Osobiście nie spotkałem w żadnym numerze czasopisma informacji o dołączonych nagraniach.

Płyty mają średnice 17,5cm, wyprodukowano je niewątpliwie w Stanach Zjednoczonych, są nagrane z prędkością 33 1/3 obrotów na minutę i brzmią zadziwiająco dobrze, nie ustępując znacznie oryginalnym longplayom. Do każdej z nich jest dedykowana koperta z rzetelnym opisem zawartości i biogramem wykonawców nieznanego autorstwa.

Nakład tych krążków jest również ciężki do określenia. Do dzisiaj w stanie umożliwiającym odtwarzanie przetrwało ich stosunkowo niewiele, do czego mogły przyczynić się delikatność nośnika - płyty flexi są podatne na pękanie i powstawanie zmarszczek – oraz zalecenie by do odtwarzania przykleić płytę do talerza taśmą nadrukowane na nośnik. 







04 września

Stany Zjednoczone Ameryki (The United States of America)

Stany Zjednoczone Ameryki (The United States of America)

Stany Zjednoczone, 1968. Drugi rok rewolucji. Zeszłe lato zostało okrzyknięte latem miłości, sprzeciw przeciwko szeroko pojętemu establishmentowi i prowadzonej przez niego wojnie wre podobnie jak walka z segregacją rasową. Świat muzyki popularnej jest wywrócony do góry nogami i już niezbyt wiadomo gdzie kończy się pop, a zaczyna awangarda. I w marcu Columbia wydaje album pod tytułem Stany Zjednoczone Ameryki. Okładka nijak nie mówi czego można by się spodziewać po zawartości płyty, bo jest opakowana w szarą kopertę z papieru pakowego. Ale to nie żadna cenzura, tak sobie po prostu wymyślili.


No więc co jest na tej płycie? Na tej płycie jest, jednym słowem, eksperyment - połączenie ambitnych, nieprawomyślnych i miejscami wyuzdanych tekstów; niewidzianych nigdy wcześniej instrumentów elektronicznych, będących szalonymi dziećmi zajmującego się profesjonalnie aeronautyką naukowca; smyczkowej muzyki nowoczesnej i lodowatego głosu wokalistki Dorothy Moskowitz. Tłem dla tych niesamowitych wojaży jest a to cyrk, a to Kubuś Puchatek i jego podróż na chmurce, a to msza i następujący po niej festyn wiejski tudzież małomiasteczkowy.

Jak dowiadujemy się z pierwszego utworu – ceną wstępu do tej atrakcji jest umysł słuchacza, choć lepszym określeniem byłaby tutaj kaucja. Wszak po zakończeniu seansu dostaje się go z powrotem, może niekoniecznie w takiej formie w jakiej był przed rozpoczęciem słuchania. Po tym cyrkowym, nieco enigmatycznym wprowadzeniu woda bardzo szybko robi się głęboka. Drugi numer – Hard Comin’ Love – eksploduje niesamowitym brzmieniem zelektryfikowanych, przesterowanych i przepuszczonych przez octaver* skrzypiec w komplecie z bezprogową gitarą basową i dzwoniącymi organami elektrycznymi. Następująca po tej miłosnej refleksji Kubusiowa podróż na chmurce stanowi niewątpliwie moment odpoczynku i wytchnienia od ogłuszającego, awangardowego jazgotu. Dalej jest nie mniej zróżnicowanie – pierwsza strona płyty kończy się stylizowaną na tradycyjną amerykańską piosenkę I Won't Leave My Wooden Wife for You, Sugar, której kontrastujący z warstwą muzyczną tekst porusza temat fetyszystycznych stosunków seksualnych z domniemanie nieletnią uczennicą.
Druga strona albumu jest nie mniej zróżnicowana – od mszalnego Agnus Dei i następującej po tym serii bardzo potężnych i niskich dźwięków wprowadzających utwór Where is Yesterday, przez bardzo piękną piosenkę miłosną dedykowaną zmarłemu niedługo przed nagraniem albumu Che Guevarze, a skończywszy na kalejdoskopicznej kompozycji stanowiącej puentę dzieła – The American Way of Love.

The United States of America to, mówiąc bez zbędnych eufemizmów, arcydzieło jakie mogło powstać tylko tam i tylko wtedy, to jest w Ameryce 1968 roku. Ameryce w środku przerażającej wojny w Wietnamie, Ameryce na rok przed lotem na Księżyc i Ameryce u szczytu walki z segregacją rasową. Połączenie ambitnej warstwy lirycznej, mądrze wyeksponowanej na rewersie okładki oryginalnego wydania; awangardowych eksperymentów z instrumentami elektronicznymi i całą masą aparatury, której nie słyszał nikt przedtem ani potem; dobrego warsztatu muzyków biorących udział w projekcie i na końcu to, czego na tej płycie jest chyba najwięcej – ironii na otaczającą rzeczywistość, po prostu nie mogło nie zadziałać. Produkcja, jak na płyty amerykańskiej Columbii z tej epoki przystało, godnie stawiła czoła całemu temu bałaganowi dziwacznych ustrojstw na prąd, kilometrom zapętlanej taśmy, sprzężeniom i przesterowaniom. Wszystko w tej realizacji jest na swoim miejscu i choć zdanie to może się kłócić z wcześniejszym opisem serwowanych dźwięków, płyta brzmi miękko i zapraszająco.
Stany Zjednoczone Ameryki jest albumem na zawsze oryginalnym, niepodobnym do niczego i zarazem jednym z fundamentalnych, jeśli chodzi o amerykański nurt muzyki psychodelicznej końca lat sześćdziesiątych.
Nota dyskograficzna:

Płyta pierwotnie ukazała się w USA i Kanadzie (Columbia), Nowej Zelandii, Wielkiej Brytanii, RFN, Włoszech i Holandii (CBS). Miała kilka reedycji. Obecnie dostępna reedycja wydana przez Sundazed jest jak najbardziej godna polecenia.


 *octaver - rodzaj modulatora częstotliwości słyszalnych, który podnosi dźwięk wydany na instrumencie o oktawę w górę lub w dół. Lub o kilka oktaw.

01 czerwca

Ballady i piosenki

Ballady i piosenki


Nagrania Sławy Przybylskiej z lat sześćdziesiątych są chętnie wrzucane do jednego olbrzymiego i zakurzonego wora z etykietą „ramota, chała i badziewie”. O ile istnienie takiego wora i jego obfitość są jak najbardziej uzasadnione, o tyle zaklasyfikowanie do niego licznych nagrań pani Przybylskiej, między innymi dwóch pierwszych płyt długogrających z serii Ballady i piosenki jest absolutnie niesłuszne. Niesłuszne i to z wielu względów, począwszy od współpracy z artystami takimi jak Agnieszką Osiecka czy Władysław Szpilman, których już nikt nie śmiałby umieścić w sąsiedztwie Tercetu Egzotycznego, a skończywszy na przyzwoitej aranżacji i doskonałej realizacji tych pozycji.

Pierwsze Ballady i piosenki, wydane jako dziesięciocalowy longplay Pronitu, często sprzedawany w zwykłej kopercie firmowej zamiast dedykowanej okładki, nie doczekały się pełnoprawnej reedycji zachowującej układ utworów. Ich druga część wydana – już bardziej na poważnie - na przełomie lat 1965 i 1966 przez Muzę została wznowiona na początku dwudziestego pierwszego wieku na płycie kompaktowej z kilkoma dodatkowymi utworami, podobnie jak trzecia i ostatnia część cyklu z 1966 roku, pierwotnie wydana nakładem Pronitu. Wszystkie te płyty są jednak nadal łatwo dostępne w oryginalnych wydaniach w przeważnie niskich cenach – nakłady były spore, a pogardzanie Balladami i piosenkami przez gros współczesnej publiczności, która niekiedy zdaje się preferować Bohdana Łazukę (ale może jeszcze nie Jaremę Stępowskiego) powoduje, że znalezienie tych płyt na półkach antykwariatów jest przeważnie łatwe.


Pronitowskie Ballady i piosenki zasługują na uwagę przede wszystkim ze względu na kanoniczne nagrania piosenek Osieckiej – sześć z ośmiu umieszczonych na płycie utworów to właśnie piosenki pióra legendarnej poetki, w tym szlagier Okularnicy – i z powodu ciekawych, dość nowatorskich aranżacji chętnie wykorzystujących instrumenty elektryczne. Dwunastocalowa kontynuacja opatrzona numerem 2 zawiera bardziej zróżnicowany repertuar, w tym godne uwagi polskojęzyczne wykonanie popularnej piosenki autorstwa jednej z najważniejszych postaci amerykańskiego nurtu folkowego – Where Have All The Flowers Gone Pete’a Seegera. Zupełnie urocza jest piosenka Kot Teofil. Oryginalny, dosyć chłodny głos i znakomite wykonawstwo Sławy Przybylskiej w połączeniu z bardzo profesjonalnymi aranżacjami, akompaniamentem Zespołu Estrady Warszawskiej pod batutą Janusza Senta i realizacją na najwyższym poziomie czynią ten repertuar nadal dość przystępnym po upływie pięćdziesięciu lat. Nie jest on jednak pozbawiony kilku warstw urokliwej patyny.

Trzecia część Ballad i piosenek jest płytą wyraźnie mniej ambitną i bardziej nastawioną na masowego odbiorcę. Nieco niższy poziom tego longplaya nie jest kwestią gorszego wykonawstwa piosenkarki czy dyletantyzmu aranżacyjnego, ale doboru repertuaru, który zdecydowanie odstaje od ambitnych piosenek jakie znalazły się na dwóch poprzednich zbiorach Ballad i piosenek

Zdjęcia płyty nadesłał Piotr Gaczkowski.

11 maja

Accolade

Accolade

Accolade to jeden z wielu niesłusznie zapomnianych zespołów sprzed prawie półwiecza. Ta angielska grupa, wykonująca muzykę będącą amalgamatem brytyjskiej muzyki folkowej, akustycznego jazzu i odrobiny rocka progresywnego, działała na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Co ciekawe, Accolade nie było przypadkową zbieraniną muzyków-amatorów, a supergrupą zrzeszającą obiecujących i utalentowanych artystów. Przez zmieniające się na przestrzeni kilku lat działalności składy zespołu przewinęli się Gordon Giltrap, mający już wówczas na koncie dwa longplaye wydane przez Transatlantic; Don Partridge z jednym autorskim albumem wydanym po obu stronach Atlantyku; Wizz Jones o podobnym dorobku i rozpoznawalności; Malcolm Poole, basista znany z zespołu The Artwoods.


Grupa nagrała dwa dobrze wyważone albumy, pełne innowacyjnego połączenia folkowego grania na gitarach akustycznych, swingującego fletu i jazzującej sekcji rytmicznej. Pierwszy album z lipca 1970 roku, wydany w Anglii i jakimś cudem również w Stanach Zjednoczonych, jest świadectwem dobrze przemyślanej koncepcji folku wychodzącego poza powielanie tradycyjnych piosenek i ich konserwatywnych wykonań.
Uwagę zwracają dwa dłuższe, około dziesięciominutowe utwory – Ulysees i bardzo ciekawe wykonanie piosenki Nature Boy napisanej przez amerykańskiego protohipisa edena ahbeza* i znanej z repertuaru Nat King Cole’a oraz The Great Society. W środkowej części tego nagrania pojawia się zupełnie nietypowe dla muzyki folkowej metrum 5/4, kojarzone przede wszystkim ze sławnym Take Five kwartetu Dave’a Brubecka.

Drugi album zespołu – Accolade 2­ – nagrany w nieco innym składzie i wydany wyłącznie w Wielkiej Brytanii w 1971 roku, jest stylistycznie podobny do pierwszego nie tylko za sprawą okładki, skądinąd bardzo ciekawej i estetycznej.  Nagrania prezentują bardziej harmonijną mieszankę różnych stylów muzycznych, przez co całość cechuje się większą spójnością, sugerując atmosferę folkowego wieczoru przy ciepłym kominku. Zespół z drugiej płyty wydaje się nieco lepiej zgrany i skupiony na wspólnej wizji muzyki, co może być wynikiem skandynawskiej trasy koncertowej odbytej wspólnie z zespołem Rare Earth przed ponownym wejściem do studia nagraniowego.
Spójność i harmonijność materiału na Accolade 2 nie została jednak okupiona odejściem od eklektyzmu – na płycie znajdziemy nietypowe wykorzystanie efektu wah-wah w połączeniu z gitarą akustyczną w utworze Spider to the Spy, piosenkę Snakes in a Hole szwedzkiego zespołu Made in Sweden i jedenastominutową autorską kompozycję Cross-Continental Pandemonium Theatre Company, będącą literackim nawiązaniem do powieści Something Wicked This Way Comes (przetłumaczonej na polski jako Jakiś potwór tu nadchodzi) Raya Bradbury’ego.


Pomimo jakości nagranego materiału, obydwa albumy były zupełnym fiaskiem z punktu widzenia komercyjnego. Nie pomógł zadziwiający fakt wydania pierwszej płyty grupy w Stanach Zjednoczonych przez olbrzymią wytwórnie Capitol. Dorobek Accolade szybko przepadł w mrokach niepamięci, doceniony jedynie przez nielicznych kolekcjonerów płyt. Na reedycję którejkolwiek z płyt należało czekać aż trzydzieści pięć lat (w 2006 w Japonii wznowiono na płycie kompaktowej Accolade 2), podczas kiedy ceny oryginalnych wydań zdążyły poszybować w niedostępne dla większości przeciętnych melomanów rejony.

*eden ahbez (właściwie George Aberle) uważał, że jedynymi słowami godnymi rozpoczynania ich wielką literą są „Bóg” i „Nieskończoność”.

25 kwietnia

Os Mutantes (1968)

Os Mutantes (1968)


Zespół Os Mutantes, założony w 1966 roku w Sao Paulo stanowi sam w sobie jeden z najważniejszych rozdziałów historii brazylijskiej muzyki dwudziestego wieku. Jest jednym z naczelnych przedstawicieli ruchu Tropicalia, którego główne hasło to antropofagia kulturowa, czyli brutalne i bezlitosne łączenie najrozmaitszych ogólnoświatowych inspiracji. Co doskonale słychać na kipiącym eklektyzmem i z pewnością przełomowym pierwszym albumie grupy wydanym w 1968 roku.

Już pierwsze dźwięki piosenki Panis et Circenses, będącej manifestem wspomnianego ruchu kulturowego, przenoszą słuchacza do bajkowego, kolorowego świata, w którym nie brak ewidentnych nawiązań do płyty, która rok wcześniej zrewolucjonizowała muzykę popularną, czyli Sgt Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Pomimo siły oddziaływania Sierżanta Pieprza brazylijskie trio nie jest atoli zapatrzone w brytyjskie arcydzieło, łącząc do tej inspiracji echa północnoamerykańskiego kompozytorstwa, nie tylko tego wyrafinowanego, przywołującego wokalne harmonie The Beach Boys, ale też intensywnie rozwijającej się na obydwu wybrzeżach Stanów Zjednoczonych awangardy. Oprócz tego na longplayu nie brakuje eksplicytnych odniesień do muzyki z Europy kontynentalnej, w tym znakomitego wykonania Le premier bonheur du jour z repertuaru Françoise Hardy. Tej mieszance towarzyszy śmiała dawka tropikalnej samby oraz bardzo awangardowe eksperymentatorstwo instrumentalne, w dużej mierze oparte na elektronicznym geniuszu brata jednego z członków zespołu.
Płyta od samego początku do końca oferuje psychodeliczną podróż przez miriadę gatunków i styli, która niekiedy przyjmuje formę pastiszu, kiedy indziej subtelnej parodii. Debiut Os Mutantes jest być może jedną z najbardziej wewnętrznie różnorodnych płyt nagranych w latach sześćdziesiątych. Zespół, w przeciwieństwie do The Beatles na Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, nigdy nie schodzi na ziemię, oferując nieprzerwany muzyczny trip z niewielką ilością momentów wytchnienia, co może nieco utrudniać obcowanie z tą muzyką dla niewprawionego słuchacza.

Na szczególne uznanie zasługuje realizacja płyty, która, biorąc pod uwagę niesłychanie gęstą aranżację Rogerio Duprata i mnogość ścieżek, utrzymuje bardzo dobrą dynamikę i spójne brzmienie, za co należą się oklaski dla realizatora nagrań. Ten brazylijski album nie odstaje pod tym względem od wybitnej pracy George’a Martina z liverpoolską czwórką, przebijając wiele aspirujących produkcji z Europy i Stanów Zjednoczonych.
Os Mutantes nie zdobyli pierwotnie żadnej znaczącej popularności w Europie i Stanach Zjednoczonych, ograniczając swój sukces do Ameryki Południowej. Ich muzyka stała się szerzej znana dopiero po dwudziestu latach, kiedy pojawienie się płyt kompaktowych przyniosło wznowienie materiału na nowym nośniku. To właśnie wtedy jednymi z ich apologetów stali się David Byrne (Talking Heads) i Kurt Cobain (Nirvana), który nawet napisał list do jednego z członków grupy, namawiając go do wznowienia działalności zespołu.

Sytuacja wydawnicza nagrań Os Mutantes przedstawia się niestety nie najlepiej. Jedyną dostępną reedycją dobrej jakości jest oficjalne wznowienie na płycie kompaktowej. Jeśli chodzi natomiast o wydania analogowe, sprawa wygląda dość beznadziejnie – płyta pierwotnie ukazała się tylko w kilku krajach Ameryki Południowej, na pierwszą i chyba jedyną sensowną reedycje należało czekać do 1986 roku. Żadna z kilku obecnie dostępnych reedycji winylowych nie ma dobrej opinii. 



26 marca

Tous les garçons et les filles

Tous les garçons et les filles

Pierwszy album Françoise Hardy, nagrany rok przed debiutem liverpoolskiej czwórki przez zaledwie osiemnastoletnią paryżankę to niewątpliwie jeden z najważniejszych longplayów w historii francuskiej muzyki popularnej, sprzedany i kochany w zdumiewającej ilości egzemplarzy jak na ten wówczas dość niechętny wydawnictwom na trzydzieści trzy obroty rynek muzyczny.

Ten pozbawiony tytułu longplay, zresztą tak jak zdecydowana większość albumów Françoise Hardy, nazywany często za pierwszą piosenką Tous les garcons et les filles, to par excellence produkt komercyjny. Françoise, której karierę muzyczną rozpoczęła odpowiedź na ogłoszenie opublikowane w gazecie France-Soir, miała być damskim odpowiednikiem brylującego na listach przebojów, w szafach grających i Scopitone’ach* Johnny’ego Hallydaya. Kilka miesięcy później, zaprezentowana przez uroczą osiemnastolatkę jako muzyczny przerywnik w czasie telewizyjnego wieczoru wyborczego piosenka Tous les garcons et les filles stała się błyskawicznym hitem.




Francuski rynek muzyczny, tak jak prawie wszystko we Francji, rządził się wówczas własnymi prawami, różniącymi się od tych z reszty świata. Płyty długogrające z krajową muzyką popularną przeważnie nie zawierały materiału nieopublikowanego wcześniej na EP - najbardziej rozpowszechnionym nad Sekwaną formacie płyt gramofonowych w latach sześćdziesiątych. Z debiutem Françoise Hardy na trzydzieści trzy obroty było jednak inaczej – osiem z dwunastu piosenek to nowy materiał, wydany równocześnie na LP i EP.

Ten zestaw utworów o przepisowej, nieprzekraczającej trzech minut długości, całkiem słusznie może się wydać banalny i ocierający o kicz. Jest za to epokowy, doskonale wpisując się w wyobrażenia o kulturze przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, która po raz pierwszy w historii zaczęła przywiązywać tak dużą wagę do nastoletnich odbiorców. Nie bez powodu jedna z piosenek z tej płyty – Le temps de l’amour - stanowi ważny element filmu Wesa Andersona Moonrise Kingdom, którego fabuła opowiadająca o nastoletniej miłości osadzona jest w roku 1965. Ponadto mimo całej komercyjności otaczającej wydanie albumu, nie można mu odmówić autentyczności. Zdecydowana większość składających się nań piosenek to kompozycje Françoise a nie przygotowane na zamówienie przez zawodowych kompozytorów. Ich ewentualna ckliwość i naiwność jest po prostu prawdziwa, co składa się w dużej mierze na piękny charme tej płyty, spotęgowany przez surową, rock’n’rollową instrumentację. Ocierający się o amatorskość zespół Rogera Samyna, dla którego udział w sesjach nagraniowych debiutu Françoise Hardy okazał się szczytem kariery i z którym praca była istną katorgą ze względu na częste pomyłki i nie najwyższy poziom muzyków, jest kolejnym elementem, bez którego ten album straciłby wiele. Zestawienie delikatnego i urokliwego głosu piosenkarki z gitarami elektrycznymi, elektrycznym basem i prostym zestawem perkusyjnym, bez żadnych dodatkowych ozdobników, było wyborem odważnym i nietypowym w swej epoce. Jak się okazało, nie stracił on na świeżości w pięćdziesiąt pięć lat później, w przeciwieństwie do wielu bardziej dopracowanych aranżacji wykorzystujących złożone orkiestry. Nie można tego powiedzieć o skromnej i niedoskonałej realizacji ze skąpym rejestrem wysokich częstotliwości i względnie dużym poziomem kompresji, co nie pozwala zapomnieć, że słuchając tych nagrań przenosimy się do roku 1962 ze wszystkimi tego dobrodziejstwami i upośledzeniami. Należy mieć na uwadze, że ten materiał był przede wszystkim ukierunkowany na młodzieżowe radioodbiorniki i elektrofony, co najwyżej na szafy grające. Czy to źle? Absolutnie nie, ale przy odbiorze tego typu muzyki należy to zrozumieć i nauczyć się obcować z tą estetyką, która choć piękna, jest już historycznie odległa.

Co ciekawe, sama Françoise Hardy z perspektywy lat wstydzi się swoich pierwszych nagrań, ich naiwności i niedoskonałości i najchętniej popełniłaby je od nowa. Nie zmienia to faktu, że te jej piosenki odcisnęły piętno na historii dwudziestowiecznej kultury. Zasłuchiwała się w nich młodzież całego świata zachodniego, włączając w to bardziej rozwinięte kraje Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Zasłuchiwał się Bob Dylan, który zadedykował Françoise wiersz umieszczony na rewersie okładki oryginalnego wydania albumu Another Side of Bob Dylan z 1964 roku. Ponadto na zdjęciu znanym z obwoluty Bringing It All Back Home u stóp Dylana da się dostrzec pierwszą płytę EP paryżanki. Piosenki z debiutu Frani pojawiły się w wielu filmach, były cytowane w literaturze – między innymi przez Michela Houllebecqa – i trudno nie przypuszczać, że tak będzie nadal. Debiut Françoise Hardy jest swojego rodzaju ikoną streszczającą początki młodzieżowej popkultury w Europie i zapowiadającą nadejście europejskiego prymatu w tej dziedzinie, który narzucił się zaledwie kilka miesięcy później.




*Scopitone to niesamowity francuski wynalazek z lat pięćdziesiątych, będący audiowizualnym odpowiednikiem szafy grającej, odtwarzającym muzykę i towarzyszący jej „teledysk”, często w kolorze, z taśmy 16mm.

Nota dyskograficzna:
LP Françoise Hardy został pierwotnie wydany we Francji, Włoszech, Kanadzie, Kolumbii, RPA, Australii (Disques Vogue); Brazylii (Mocambo) oraz Wielkiej Brytanii (PYE). W USA album pojawił się na rynku w 1965 z nieco zmienioną okładką, pod tytułem The Yeh-Yeh Girl From Paris! nakładem wydawnictwa 4 Corners of The World.
Z obecnie dostępnych reedycji godna polecenia jest jedynie ta przygotowana przez wydawnictwo Light in The Attic na CD i płycie winylowej.
Wszystkie piosenki z płyty zostały również wydane na nienakładających się pod względem zawartości EP wydanych we Francji przez Disques Vogue:

Oh oh chéri / Il est parti un jour / J'suis d'accord / Tous les garçons et les filles (EPL 7967)
C’est à l’amour auquel je pense / Ça a raté / Le temps de l’amour / J’ai jeté mon cœur (EPL 8047)
Ton meilleur ami / On se plait / La fille avec toi / Il est tout pour moi (EPL 8048)






05 grudnia

Fryderyka Elkana z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego (EP, 1965)

Fryderyka Elkana z zespołem Zbigniewa Namysłowskiego (EP, 1965)
Wśród płyt (2) - Fryderyka Elkana z zespołem jazzowym Zbigniewa Namysłowskiego - Dzień dobry, to ty / Tyle wiem / Barman / Wyszłam z domu, nie wróciłam - Muza N0340 (EP, 1965)

Jest to niezwykle ciekawy zestaw nagrań tej niesłusznie zapomnianej polskiej wokalistki o wyjątkowo mocnym głosie. Na płycie Elkanie towarzyszy doskonały zespół Zbigniewa Namysłowskiego u szczytu formy, grający z werwą godną młota parowego. Jazzmani trzymają poziom wytyczony przez ich doceniany longplay Lola wydany rok wcześniej przez angielską Deccę, pokazując rzadko spotykane w jazzowym akompaniamencie pazury. Spośród czterech piosenek składających się na tę EPkę, zdecydowanie wybija się rozdzierająca Tyle wiem (słowa: Wojciech Młynarski) z niezwykle oryginalnym, bardzo surowym dźwiękiem gitary elektrycznej i świetną solówką na tymże instrumencie - chyba najlepszą taką partią w polskim krajobrazie muzycznym okresu małej stabilizacji. Oprócz Tyle wiem, w pamięć zapada znakomita, nieco przyspieszona interpretacja standardu Softly as in a Morning Sunrise (pod tytułem Barman) z świetnym polskim tekstem, przywołującym klimat podupadającego obskurnego lokalu o długiej tradycji, z tytułowym barmanem czeszącym swe zagraniczne włosy i urocza kompozycyjnie piosenka Wyszłam z domu, nie wróciłam z niezłym solo Namysłowskiego.

Realizacja jest bardzo dobra. Płyta brzmi świetnie, z charakterystycznym dla Polskich Nagrań eksponowaniem tonów średnich i rzadko spotykaną w rowkach Muzy dynamiką, w pełni wykorzystującą możliwości oferowane przez zapis na czterdzieści pięć obrotów.

Piosenki te nigdy nie miały żadnego wznowienia, ich jedynym wydaniem jest niskonakładowa EPka z 1965 roku, co biorąc pod uwagę wartościowość tych nagrań jawi się jako skandal i pokazuje jak bardzo myli się ten, kto uważa, że nowoczesne media cyfrowe oferują wszystko, co dobre.

Nagrań z płyty można posłuchać tutaj

Muza N0340 - strona A

Muza N0340 - strona B

17 listopada

Wśród płyt (nr 1): ALLAH-LAS (2012)

Wśród płyt (nr 1): ALLAH-LAS (2012)


Kto jest zdania, że w prostej muzyce rokendrolowej wszystko, co warte propagowania zostało nagrane w ubiegłym stuleciu, ten albo nie słyszał pierwszego albumu kalifornijskiego zespołu Allah-Las, albo jest malkontentem o niekoniecznie wysublimowanym guście, którego bardziej cieszy tępa wtórność rozpowszechnionej gitarowej młócki, stanowiącej doskonałą ilustrację muzyczną do spożywania niskogatunkowej, niedopieczonej kiełbasy z giętkiej plastikowej tacki.

Względnie nieznani poza macierzystym kontynentem członkowie tej kalifornijskiej grupy dokonali swoim pierwszym krążkiem rzeczy wielkiej. Będący fonograficznymi koneserami, o upodobaniach estetycznych skierowanych między innymi na ważny i niezwykle płodny okres w historii amerykańskiej muzyki – erę elektryfikującego się folku – okazali się na tyle dojrzali, żeby nie powielać utartych schematów i nie starać się za wszelką cenę oddać niespokojnego brzmienia połowy lat sześćdziesiątych, w dużej części wynikającego z nieraz daleko idących niedoskonałości realizacyjnych. Debiutancki album Allah-Las jest pełen nostalgicznych ech nieociosanej estetyki Dylana, piosenkarskiego kunsztu kompozytorskiego The Byrds, zadziorności znanej z pierwszych płyt 13th Floor Elevators czy Love i niezawodnie wywołującego rytmiczne tupanie stylu Northern Soul. Co ważne, wszystkie te mniej lub bardziej wyblakłe ślady inspiracji zostały zsyntetyzowane wprost wyśmienicie, składając się na bardzo dobry produkt końcowy, pełen prostych, ale dopracowanych gitarowych dźwięków przywołujących tradycję kalifornijskiej muzyki surferów.

W zakresie kompozycji album pozytywnie wybija się na tle miriady współczesnych krążków o ponadgodzinnym czasie trwania niewypełnionym dobrej jakości treścią. U Kalifornijczyków niełatwo wskazać słabsze kompozycyjnie utwory, może poza mało wysublimowanym lirycznie i przeładowanym gitarowym dzwonieniem Vis à vis. Jest to jednak zrekompensowane z nawiązką przez perły takie jak Sandy, Catalina czy No Voodoo, które znakomicie łączą emocjonalnie nostalgiczne teksty z chwytliwą kompozycją muzyczną, w której nie brak prostych, ale wysmakowanych gitarowych haków.

Trudno się przy tym zgodzić z całą rzeszą recenzentów, którzy twierdzą jakoby zespół brzmiał dokładnie jak przeniesiony w czasie z połowy lat sześćdziesiątych. Nikt w muzyce popularnej  nie łączył wtedy będącego już passé mokrego brzmienia kamer pogłosowych z charakterystycznie podzwaniającymi dwunastostrunowymi gitarami elektrycznymi spopularyzowanymi przez George’a Harrisona i Rogera McGuinna. Robią to członkowie Allah-Las w ponad pięćdziesiąt lat później, bez zbędnego symulowania intensywnej kompresji i zniekształceń wynikających z nagrywania na trzech, góra czterech śladach taśmy. Robią to z klasą i pokazują, że ich instrumenty i wzmacniacze, które jeśli nie metrykalnie to konstrukcyjnie pamiętają czasy sprzed lotu człowieka na Księżyc, mają jeszcze ogromny potencjał tak jak prosta, ale dopieszczona forma piosenki opartej na banalnych akordach.  

Debiut Allah-Las byłby z pewnością jeszcze lepszy, gdyby nie miejscami niezbyt udana realizacja. Niektóre utwory skorzystałyby na bardziej zwartym, ostrzejszym brzmieniu. Na płycie tego niestety brakuje i zdarza się, że instrumenty brzmią nieco jak przez poduszkę. Jako rekompensatę tej niedoskonałości warto polecić mistrzowsko zrealizowany koncert zespołu z teksańskiego festiwalu Stage on Sixth z 13 marca 2013 roku. Ktokolwiek stanął przy tej okazji za konsoletą, wiedział co robi i dobrze oddał brzmienie zespołu, bez żadnych przejaskrawień i tak typowego dzisiaj dudnienia i świstu.


Allah-Las, Innovative Leisure IL2007, 2012
Copyright © 2016 Rytm i piosenka , Blogger