25 lutego

Czarno-biały blues - Paul Butterfield Blues Band

Byli jednym z pierwszych mieszanych rasowo zespołów muzycznych w niespokojnej, walczącej z segregacją Ameryce. Udowodnili, że żeby grać blues nie trzeba wcale być czarnym włóczęgą, że można to robić będąc białym wychowanym w dobrobycie. Pierwszą wielką sensację wywołali otwierając Newport Folk Festival w lipcu 1965 roku. Drugą – nazajutrz, podłączając Boba Dylana do prądu i nadając tym samym nowy bieg historii kultury.  

Blacks plus Jews equals blues. Ta gra słów dobrze podsumowuje funkcjonowanie powojennego przemysłu muzyki rhythm-and-bluesowej w Stanach Zjednoczonych i znajduje odbicie w głównym składzie zespołu Paula Butterfielda. Grupa, choć dość niedoceniana na starym kontynencie, prawdopodobnie nie odcisnęłaby takiego piętna na rozwoju amerykańskiej muzyki gdyby nie gitarzyści Michael Bloomfield i Elvin Bishop oraz organista Mark Naftalin – wszyscy wywodzący się z rodzin żydowskich i czarnoskórzy: perkusiści Sam Lay, Billy Davenport i basista Jerome Arnold.

Pewnym jest, że przed nimi nie grał tak nikt. Na wszystkich nagraniach, czy to studyjnych, czy nielicznych koncertowych bootlegach, sekcja rytmiczna jawi się jako bezbłędna, finezyjna i w dodatku doskonale tego świadoma i przez to nieskłonna do wstydliwego chowania się za innymi muzykami. Oryginalny kunszt gitarzysty Michaela Bloomfielda przejawiający się w całokształcie jego twórczości z lat sześćdziesiątych, w tym na rewolucyjnych albumach Bringing It All Back Home, Highway 61 Revisited i Blonde on Blonde Dylana, zasługuje na niekończące się peany i owacje, których dostaje niestety wyraźnie mniej niż popularni Clapton i Hendrix. Pokazał światu, że mając talent i kompetencje instrumentalne można dać się porwać żywiołowi i stać się jedynie przekaźnikiem muzyki jako wyższego przeżycia twórczego, że na gitarze można zarówno śpiewać, tańczyć i krzyczeć. Pozostali, na czele z założycielem zespołu, Paulem Butterfieldem, znakomitym harmonijkarzem o silnym głosie, bynajmniej nie przeszkadzają. Z tego zespołu nie dałoby się wyeliminować nikogo, nie tracąc na kunszcie i jakości.



Pierwszy, homonimiczny album grupy (Elektra EKL-294 / EKS-7294), będący efektem ich trzeciego podejścia do nagrania płyty długogrającej, jest jedną z najbardziej porywających amerykańskich pozycji rhythm-and-bluesowych z lat sześćdziesiątych. Niezależnie od tego, w którym miejscu na płycie wyląduje igła gramofonu, muzyka gna z impetem rozpędzonego parowozu, prowadzonego przez niezawodną, czarnoskórą sekcję rytmiczną. Od pierwszych taktów Born in Chicago autorstwa Nicka Gravenitesa, późniejszego założyciela grupy The Electric Flag, do wieńczącego drugą stronę wykonania standardu Look Over Yonders Wall nie ma w tych niespełna czterdziestu minutach słabego, nieprzekonującego nagrania. Niektóre za to piorunują niebywałą werwą i zacięciem tak jak znakomity instrumentalny popis Screamin’, który całkiem dobrze sprawdziłby się jako klubowy utwór taneczny. Słuchając tego rozpoczynającego drugą stronę utworu, podobnie zresztą jak i zamieszczonego na płycie wykonania Shake Your Money-Maker, nietrudno wyobrazić sobie frenetycznie kołyszącego się Mike’a Bloomfielda, kurczowo przygarbionego nad jego Telecasterem i resztę zespołu grzejącą tak mocno, jak się tylko da w wypełnionym po brzegi chicagowskim klubie. Drugi z tych numerów, bluesowy evergreen z repertuaru Elmore’a Jamesa charakteryzuje się dodanym w środkowej części oryginalnym staccato Bloomfielda, który, niesiony muzyczną gorączką, zapomina o zmianie akordu, zostając w wyjściowym E, co tylko wzmacnia efekt szaleńczego zaangażowania w tworzoną muzykę. Nie można mieć wątpliwości, że pomimo znacznego dystansu społecznego, jaki dzielił chłopców z dobrych, zamożnych rodzin od typowych wykonawców bluesa, oni doskonale rozumieli i czuli to, co grali. Równie dobrze mogliby być zieloni albo niebiescy i tak samo dowieść bezsensowności podziału na muzykę „czarną” i „białą”.   

Biorąc pod uwagę krótki dystans czasowy między nagraniem The Paul Butterfield Blues Band a wspomnianym wyżej przełomowym festiwalem w Newport, trudno dziwić się Dylanowi, który, będąc pod wielkim wrażeniem zespołu, postanowił właśnie z nimi przekroczyć muzyczny Rubikon, oferując przeważająco purystycznej widowni koncert z akompaniamentem instrumentów elektrycznych. Został wybuczany, ale nie byłby Bobem Dylanem, gdyby postanowił pogonić całe to hałasujące tałatajstwo i wrócić na dobre do samotnych piosenek wykonywanych wyłącznie w towarzystwie harmonijki i gitary akustycznej.



Drugi longplay – East-West –  został nagrany w 1966 w słynnym studio Chess Records przy 2120 South Michigan Avenue – miejscu, które dla amerykańskiej muzyki znaczy tyle, co sławne londyńskie Abbey Road dla tej europejskiej. Zespół Paula Butterfielda bynajmniej nie był pierwszym młodym, nieskładającym się wyłącznie z czarnoskórych muzyków, który nagrywał w siedzibie legendarnej, założonej w 1950 roku przez polskich żydów firmy płytowej. Zaledwie dwa lata wcześniej to miejsce było kluczowym punktem pierwszej pielgrzymki zespołu The Rolling Stones do Stanów Zjednoczonych.

Pomiędzy pierwszą a drugą płytą długogrającą The Paul Butterfield Blues Band skład grupy uległ zmianie – perkusista Sam Lay został zastąpiony przez Billy’ego Davenporta, muzyka o jazzowych korzeniach, wychowanego na Gene Krupie i Bennym Goodmanie. W międzyczasie pozostali członkowie grupy zaczęli wybiegać ze swoimi zainteresowaniami muzycznymi poza schematy rhythm-and-bluesa, zwracając się w stronę modalnego jazzu oraz indyjskich rag popularnego Raviego Shankara. Kolejną inspiracją do rozszerzenia repertuaru stały się wspólne koncerty z zespołami takimi jak znakomity Jefferson Airplane, wyrastający z folkowych i jazzowych korzeni prekursor zachodnioamerykańskiej muzyki psychodelicznej.  Efektem tych poszukiwań jest eklektyczny styl drugiego albumu grupy. Obok błyskotliwych interpretacji standardów takich jak Two Trains Running oraz I Got a Mind to Give Up Living czy przebojowej piosenki Michaela Nesmitha z The Monkees, Mary Mary, znajdziemy dwa dłuższe, grosso modo improwizowane utwory instrumentalne: tytułowy East-West oraz klasyczny jazzowy temat Nata Adderleya - Work Song - nawiązujący do śpiewów więźniów skazanych na roboty publiczne. Tytułowy utwór można wręcz nazwać przełomowym, będącym zwiastunem silnie improwizowanej muzyki psychodelicznej rozwijanej dalej przez legendarnych wykonawców takich jak Grateful Dead. Intensywność tego nagrania jest wręcz hipnotyzująca, począwszy od wyeksponowanej sekcji rytmicznej, nadającej ton danemu fragmentowi, a skończywszy na odkrywających nowe muzyczne pejzaże solówkach Bloomfielda opartych o całą gamę egzotycznych skal, w tym indyjskich i arabskich. Eklektyzm albumu branego jako całość, niewątpliwie będący świadectwem dojrzałości artystycznej, odbija się na dwójnasób na całokształcie płyty. East-West nie prezentuje poziomu tak równego jak pierwszy longplay zespołu, za to skłania słuchacza do nieco selektywnego odbioru, zawierając z jednej strony przewidywalne piosenki oparte na znanych schematach, a z drugiej proponując muzykę dalece bardziej ambitną.


Krótko po wydaniu drugiej płyty, która odniosła umiarkowany sukces komercyjny, zespół w zasadzie się rozpadł. Odeszła rewelacyjna sekcja rytmiczna, odszedł niebywale utalentowany Michael Bloomfield, a grupa kierowana przez Butterfielda obrała bardziej soulowy kurs, dodając do składu instrumenty dęte. Dalsze nagrania, w tym najbardziej nośny komercyjnie album nagrany pod szyldem Paul Butterfield Blues Band – Resurrection of Pigboy Crabshaw – o ile przynajmniej dobre, nie niosą ze sobą ani udzielającego się ferworu debiutu, ani nie odkrywają niczego nowego. Nic więc dziwnego, że jeśli po pięćdziesięciu latach wymienia się nazwisko lidera grupy, to od razu kojarzy się go z płytą East-West, Michaelem Bloomfieldem i historycznym występem z Dylanem. 

Notki fonograficzne:

Pierwszy album grupy, poza Stanami Zjednoczonymi, został wydany w Australii, Wielkiej Brytanii, RFN (Vogue Schallplatten, zmieniona okładka; drugie wydanie było nakładem Elektry i miało oryginalną okładkę) oraz Włoszech (Vedette Records). W pierwszym wydaniu amerykańskim na etykiecie płyty jest funkcjonujący do 1965 roku znak firmowy Elektry przedstawiający gitarzystę.

East-West, poza Stanami Zjednoczonymi, zostało wydane w Australii, Wielkiej Brytanii, RFN i Francji (Disques Vogues).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Rytm i piosenka , Blogger